rfid

rfid

Nawigacja

Ciekawe miejsca
rfid

rfid -

za wskazówkę tego, co mnie czeka, to wkraczałam na niezbadane tereny. Poznam i pokocham wielu ludzi, a potem będę Przyglądać się, jak po kolei zostają w tyle, podczas gdy ja pójdę dalej. Ta świadomość pociągała za sobą straszliwy rodzaj samotności. Odejdą, ale ja będę dalej podążać przez pełne niepewności, niekończące się lata. - Czemu jesteś taka smutna, Pol? - zapytał mnie Anrak. - Bez szczególnego powodu. - Wkrótce wypłyniemy na otwarte wody. Wtedy poczujesz się lepiej.- Wpatrywał się w promienie słońca tańczące na falach. - Nie rozumiem, Anraku. - Ono zmyje z ciebie

melancholię. - Ono? Jakie ono? - Morze, Pol. Zawsze zmyje smutek i rozjaśni myśli. Szczury lądowe tego nie rozumieją. - Kochasz morze, prawda, Anraku? - Oczywiście. Czasami mnie zaskakuje, czasami miewa zły humor, ale zwykle dobrze nam razem. Kocham je, Pol. To jedyna żona jakiej kiedykolwiek potrzebowałem. Zawsze wspominam tę rozmowę, gdy muszę mieć do czynienia z tym grubianinem, kapitanem Greldikiem. Greldik i Anrak, choć dzielą ich trzy tysiąclecia, skrojeni są z tej samej beli płótna. Traktują morze jak żywą istotę. W Camaar kupiłam sobie konia. Baron, bo tak się nazywał, był gniadoszem na

tyle starym, że wyrósł już z beztroski charakterystycznej dla młodszych koni i dobrze się rozumieliśmy. Prawdę powiedziawszy, nie spieszyło mi się, więc nie popędzałam go i Baron był z tego powodu zadowolony. Spacerkiem podążaliśmy przez porządnie utrzymane pola południowej Sendarii w kierunku Muros. Po drodze zatrzymywaliśmy się w wiejskich zajazdach, a gdy nie było zajazdu, spaliśmy pod gołym niebem. Z wyjątkiem osobliwie kosmopolitycznego portu w Camaar, południową Sendarię w owych czasach zamieszkiwali głównie wacuńscy Arendowie. Śpiewny akcent tutejszych wieśniaków uznałam za czarujący, czego nie można powiedzieć o powtarzających

rfid się ostrzeżeniach właścicieli zajazdów i stajennych przed rozbójnikami na drogach. - Ależ jaśnie pani - przestrzegł mnie pewien nadgorliwy właściciel wiejskiego zajazdu, gdy powiedziałam mu, że podróżuję samotnie - to bardzo niebezpieczne dla kobiety. Rabusie to niegodziwcy, którzy nie omieszkają wykorzystać tego, że nie masz, pani, ochrony. - Potrafię sobie poradzić, dobry człowieku - oświadczyłam stanowczo. Te ciągłe ostrzeżenia zaczynały mnie już męczyć. W połowie drogi do Muros rzeka Camaar się rozgałęzia. Wkroczyłam na tereny równie gęsto porośnięte lasami, jak dzisiejsza północna Arendia. Dla większości ludzi w czasach współczesnych określenie

„pierwotna puszcza" brzmi poetycko, przywołuje na myśl park zamieszkany przez wróżki, elfy i czasami trolle. Rzeczywistość była daleko bardziej przygnębiająca. Drzewo zostawione samemu sobie pięćset lat po prostu się rozrasta. Widywałam drzewa o pniach grubych na osiemnaście, dwadzieścia stóp, drzewa, które wyrastały na sto pięćdziesiąt stóp w górę, nim wypuściły konary. A konar, jednego drzewa splatały się z konarami sąsiada, tworząc wyścig sklepienia które przesłaniało słońce i niebo, i sprawiało, że na dnie lasu panował wieczny, wilgotny zielony mrok. Poszycie było bar-, gęste, a w przyćmionym świetle roiło

się od dzikich stworzeń - a także dzikich ludzi. Wacuńscy Arendowie sprowadzili ze sobą na tereny na północ od rzeki Camaar smutną instytucję niewolnictwa, a niewolnik, który mieszka w pobliżu lasu, ma łatwą drogę ucieczki. W lesie byłemu niewolnikowi pozostaje jednak tylko jedno zajęcie - zbójnictwo, podróżni zaś stanowią jego naturalne ofiary. Tych dwóch, których spotkałam na błotnistej leśnej drodze do Muros pewnego późnego popołudnia, było wynędzniałych, zarośniętych i na wpół pijanych. Wyszli z krzaków rosnących wzdłuż drogi, wymachując zardzewiałymi rzeźnickimi nożami. - Ja obstaję przy koniu, Ferdish - powiedział jeden. -

-

Nawigacja